rj
dd
dj
jgs
du
durd
j
Kontakt
g
al
bib
fi
shyd

Zaczęło się wszystko ponad ćwierć wieku temu. Wtedy to, jako nastoletnie dziecię po raz pierwszy wziąłem wędkę do ręki. Prosta to była wędeczka. Bambusowa – z trzema zaledwie przelotkami i radzieckim kołowrotkiem o ruchomej szpuli. Ciężko mi dzisiaj stwierdzić jaka ryba była tą pierwszą złowioną przeze mnie – ale na pewno był to kiełb, słonecznica lub lin. Takie ryby można było bowiem łowić w okolicznych stawach, stawkach i młakach, gdzie nie sięgała jurysdykcja PZW.
Do związku zapisałem się w 1985 i od tego czasu moje wędkarstwo powoli zaczęło nabierać rumieńców. Poznawałem wciąż nowe łowiska, nowe sposoby i nowe ryby. Z czasem – kiedy poznałem już bodaj wszelkie metody łowienia ryb – zaczął się czas swoistej specjalizacji. Na pierwszy plan wysunęło się łowienie świnek, brzan i kleni na przepływankę na podkarpackich rzekach. Z jednakową estymą traktowałem spinningowe polowania na pstrągi potokowe. Już wtedy potokowiec zdrowo rzucił mi się na mózg.... Jeszcze okazyjnie zaliczałem jakieś sandaczowe noce z gruntówką, czy wiosenne ciągi płoci ale w moim łowieniu coraz więcej miejsca zajmowały wszelkie odmiany spinningu.
Pamiętam jak dzisiaj – niewielki parkowy staw, niemal w całości zarośnięty moczarką i wywłócznikiem. Łowiło się w niewielkich oczkach pośród zwartych połaci roślinności. Każde trafienie w takie oczko kończyło się braniem dużego okonia lub szczupaka. Kiedyś miałem już dość łowienia. Dawniejsze spinningi potrafiły wykończyć ramię o wiele szybciej niż dzisiejsze lekkie węglówki. A tym bardziej po holu kilkudziesięciu okazałych ryb... Przysiadłem pod rozłożystym dębem, porozmyślałem i... podjąłem nieodwołalną decyzję która – choć jeszcze o tym nie wiedziałem - miała zmienić całe moje życie. Postanowiłem zostać SPINNINGISTĄ i tylko SPINNINGISTĄ.

 

 

W pierwszym okresie bycia spinningistą i tylko spinningistą najczęściej łowiłem na pstrągowych rzekach. Potok to ryba która urzekła mnie najwcześniej i do tej pory nie chce mi dać spokoju. Nie wyobrażam sobie nawet, że mógłbym przestać łowić pstrągi potokowe. Polowania na potoki to bardzo dobre i bardzo przydatne lekcje. Rzeki na których łowiłem były bardzo trudne technicznie, a i sam pstrąg jest bezdyskusyjnie rybą którą najłatwiej spłoszyć. Uczyłem się więc wedle zasady spadania z baaardzo wysokiego konia.
Będąc Ślązakiem nie można nie-łowić z opadu. Sandacze i szczupaki łowione z opadu na koguty – jak najbardziej śląskie przynęty - to na drodze spinningowej kariery obowiązkowy przystanek. Pokochałem tę metodę niemal tak samo mocno jak polowanie na pstrągi. A że miałem pod samym nosem i rybne łowiska i doświadczonych opadowców – lekcje szły sprawnie i szybko zaczęły przynosić wymierne efekty. Pomiędzy potokowcami i sandaczami poznawałem tajniki dużej rzeki nizinnej – Wisły. Z jaziami, kleniami i brzanami zaprzyjaźniłem się stosunkowo szybko. Natomiast herbowa ryba szczytów główek – boleń – przez długi czas był totalnie poza moim zasięgiem. Jakoś nie darzyliśmy się sympatią i trudno było się nam razem spotkać. Na bolenie też w końcu znalazłem sposób. Zawziąłem się, poświęciłem im prawie cały sezon nad rzeką i całą zimę nad wanną oraz stosem przynęt które miały być boleniowymi killerami. No i w końcu się udało. Dzisiaj boleń nie sprawia mi żadnych trudności i jeśli chcę go złowić to przeważnie go łowię.

 

 

W końcu lat dziewięćdziesiątych spinning w wydaniu wyczynowym był bardzo modny i prężnie się rozwijał. Moimi ówczesnymi idolami byli Robert Taszarek i Jacek Kolendowicz. Gdzież bym wtedy pomyślał, że i z jednym i z drugim będę kiedyś ramię w ramię łowić ryb...
Długo nie mogłem się zdecydować na wejście w sport spinningowy. Oglądając wędkarskie filmy z udziałem moich idoli nieodmiennie stwierdzałem, że moje szanse na starty efektywne, a nie tylko efektowne są bliskie zeru. W końcu jednak się przełamałem. Namówiłem brata i razem wystartowaliśmy w pierwszych zawodach okręgowych Grand Prix sezonu 1998. Za sprawą pracy w miesięczniku „Świat Spinningu” znałem już niemal całą czołówkę śląskich spinningistów. Znałem Leszka Krajewskiego i Józia Glińskiego, ba – nawet kiedyś łowiłem z nimi pstrągi. Wiedziałem więc co potrafią, a że zawody spinningowe generują swoisty rodzaj stresu – szczególnie przed samym startem – łącząc jedno z drugim, autentycznie były momenty, że chciałem się spakować i pojechać do domu.  Zawody odbywały się na Czarnej Przemszy – słynnym śląskim burdelu z tęczakami i jeszcze według starych przepisów dających pół godziny na dojście do łowiska. Byłem dzień przed zawodami na treningu i udało mi się wypatrzyć dość bogate stado pstrągów tęczowych. Pomyślałem, że jeśli się do jutra nie rozejdą, tu będzie szansa na dobry wynik. Pstrągi były tam gdzie miały być. Założyliśmy z bratem oczojebne obrotówki fluo, wychodząc z założenia, że hodowlany pstrąg świetnie zareaguje na taką właśnie żarówę, a poza tym obrotówka jest przynętą pozwalającą na szybkie łowienie. Wreszcie nadeszła godzina startu i się ZACZĘŁO. Niestety impreza trwała krótko. Wykonałem zaledwie pięć rzutów, łowiąc pięć tęczaków, w tym dwa niewymiarowe. Pozostałe trzy dawały mi komplet, co obligowało mnie do zakończenia łowienia i radowania się z ogromnej premii czasowej – bowiem całe moje łowienie zajęło mi równo 15 minut. Nie wygrałem jednak tych zawodów. Braciszek miał farta i nie trafił na żadnego niewymiarka. Tym samym zakończył łowienie kompletem po 9 minutach łowienia!!! Były to dwa najszybsze komplety w historii polskiego spinningu wyczynowego i takimi pozostają do dnia dzisiejszego.
Zawody zaczęły mnie coraz bardziej wciągać. Jeszcze tego samego roku stawałem na na podium we wszystkich zawodach okręgowego Grand Prix . Zdobyłem tytuł Indywidualnego Mistrza Okręgu, a miesiąc później drużynowego Mistrza Polski. Postanowiłem wejść w świat sportu na całego.

 

 

Po dwóch latach startów w ogólnopolskich zawodach Grand Prix miałem tyle punktów, że w klasyfikacji z trzech lat wystarczyło ich na wejście do Kadry Narodowej. W Kadrze byłem nieprzerwanie do 2007 roku. Ciągłe bycie w Kadrze Narodowej uważam za większy sukces niż wygranie pojedynczych – nawet najbardziej prestiżowych zawodów. Tylko klasyfikacja obejmująca kilka lat eliminuje z ostatecznego wyniku element szczęścia i pokazuje kto naprawdę jest wszechstronnym, dobrym spinningistą. Zresztą zwycięstw w prestiżowych zawodach też mi nie brakowało. Wywalczyłem tytuł Indywidualnego Spinningowego Mistrza Świata, a na podium Mistrzostw Świata stawałem wraz z drużyną Polski pięciokrotnie. Osobiście za swój największy sukces spinningowy uważam wygranie Pucharu Lajkonika w 2005 roku. Wygrałem te zawody kompletami boleni, dwa tygodnie po operacyjnym śrubowaniu pękniętych kręgów. Pękniętych za sprawą upadku w trakcie polowania na pstrągi w rzekach włoskich Dolomitów.... Bolenie złowiłem na własnoręcznie opracowane, skonstruowane i wykonane woblery. Kiedy się głębiej na tym zastanowiłem i głębiej zajrzałem w moje wędkarskie pudełka, okazało się, że....
No właśnie!!! Okazało się, że w moich pudełkach są tylko i wyłącznie przynęty wykonane przeze mnie. Mam swoje woblery na każdą wodę, swoje wahadłówki, swoje obrotówki. Łowię kogutami, jigami czy cykadami które sam zrobiłem, sam dopracowałem, dopieściłem i zrobiłem z nich broń zabójczą. A wszystko to za sprawą seryjnego badziewia niesłusznie zwanego przynętami spinningowymi, na które we wcześniejszych latach zmuszony byłem łowić. Widziałem w tych przynętach tyle braków, tyle błędów i tak wiele rzeczy do zrobienia, że... z czasem stałem się przynętowo samowystarczalny, samodzielnie wykonując wszystkie możliwe wabiki.

 

 

W ciągu tych dziesięciu lat startów w zawodach nauczyłem się wielu rzeczy. Przede wszystkim nauczyłem się PRAKTYCZNEGO łowienia spinningiem, a nie łowienia TEORETYCZNEGO. Poznałem całą masę ciekawych metod połowu, łowiłem na tajne przynęty doskonałych spinningistów i odwiedzałem z wędką wszelkie możliwe typy łowisk. Miałem więc ogromne pole do doświadczeń z samodzielnie robionymi przynętami. Strugałem, nawijałem, składałem i wybijałem najróżniejsze wabiki i sprawdzałem ich skuteczność jak najbardziej praktycznie – na treningach przed zawodami, a niekiedy nawet na samych zawodach. Czasem wygrywałem te zawody, czasem nie – jednak w każdym sezonie nałowiłem tyle, że wystarczyło na kolejny rok w Kadrze Narodowej. Wychodziło więc, że moje przynęty są skuteczne i jak najbardziej „jadalne” dla wszelkich ryb drapieżnych.
O firmie produkującej przynęty spinningowe oparte na moich sprawdzonych prototypach pomyślałem kilka lat temu. Z początku szło marnie. Nadal intensywnie startowałem w zawodach i zaczynało brakować czasu na sprawy firmowe. A i sprawy firmowe często kolidowały z treningami czy terminami zawodów. Jakiś czas temu postanowiłem ostatecznie zakończyć spinningową karierę wyczynową i całą energię skupić na coraz lepszych i coraz skuteczniejszych przynętach. Tak urodziła się firma Goldfish, a ja mogłem wreszcie łowić ryby bez żadnego stresu, relaksowo i przyjemnie. Oczywiście tylko i wyłącznie na swoje przynęty.

Tomasz Krzyszczyk